Gentlemańskie sprawy honoru to oczywiście wielkie tajemnice. Szczegóły pojedynków znali tylko ich uczestnicy: wyzywający i wyzwany, oraz sekundanci. Nie wypadało dzielić się z kimkolwiek informacjami na ten temat. Dlatego też świadkami honorowych starć w Polsce mogli być jedynie ich uczestnicy, żadnych postronnych świadków. Pojedynek nie miał być widowiskiem, tylko poważną tradycją.

We Francji podchodzono jednak trochę inaczej do tego typu spraw. O pojedynkach głośno informowała prasa, zamieszczając opisy, a później też fotografie. W końcu nawet operatorom kamer udawało się uchwycić gentlemańskie walki. Rozgłos nikomu zanadto nie przeszkadzał. Niektórzy cieszyli się prawdziwą sławą zawziętych i odważnych pojedynkowiczów. Byli bohaterami gazet i towarzyskich plotek. Dla paryskiego gentlemana nie było w tym nic złego.

Honorowa Francja

Francja uchodzi w Europie za jedną z ojczyzn gentlemańskiej idei honoru i pojedynków. W tym kraju ze szczególną uwagą podchodzono do dbania o własne dobre imię. Prawdziwy gentilhomme nie puszczał płazem nawet najdrobniejszych zniewag. Im bowiem ważniejsze w społeczeństwie jest życie towarzyskie (a we Francji przełomu XIX i XX wieku było bardzo ważne), tym gorliwiej trzeba dbać o opinię otoczenia. Brak reakcji honorowej mógł w szybkim czasie doprowadzić do towarzyskiego ostracyzmu i utraty znaczenia. Osoba, którą to spotkało miałaby niezwykle trudne życie.

Mimo pełnego przyzwolenia (a nawet oczekiwania) społeczeństwa na odbywanie pojedynków, we Francji zwyczaj ten był zakazany prawem. Według kodeksu karnego było to przestępstwo, ale niewiele to zmieniało, kiedy władze przymykały oczy na częste informacje o stoczonej walce, a do lekarzy trafiali mężczyźni ranni w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

Zainteresowanie dziennikarzy

Francuzi byli czuli nie tylko na punkcie swojego honoru, ale też cudzego. Kiedy ktoś się pojedynkował, chętnie czytano relacje w gazetach. Jeśli była to osoba znana, dobrze było spróbować dostać się na miejsce starcia, by zobaczyć je na własne oczy. Przed pierwszą wojną światową w paryskiej prasie pojawiało się rocznie kilkanaście głośnych pojedynków. Traktowano je jak każdą inną sensację do opisania.

Pisano o wyzwaniach. Dyskutowano o warunkach. Relacjonowano przebieg. Informacje niekiedy ilustrowano zdjęciami fotograficznymi. W dobie pierwszych lat rozwoju kinematografii zdarzało się, że oglądano taki pojedynek na ekranie. Było o czym informować, bo paryżanie starć honorowych nie unikali. Podobno był nawet pewien dyplomata, nazwiskiem Rozier-Donsier, specjalista w sprawach pojedynków. Tak często proszono go o pełnienie funkcji superarbitra, że uczynił z tego swoje podstawowe zajęcie.

Film przedstawia pojedynek, który dobył się we Francji w 1949 roku:

[tube]http://www.youtube.com/watch?v=5iaLDNhvAnM&feature=relmfu[/tube]

Annuaire du duel

Materiału było tak dużo, że pewien dziennikarz postanowił stworzyć kompendium francuskich pojedynków. Emile Desjardins, podpisujący się Ferreus, wydał w 1891 roku w Paryżu Annuaire du duel, czyli „Rocznik pojedynków”. Sam mówił o nim: „akta honoru moich współczesnych”. Rocznik obejmował bowiem lata osiemdziesiąte XIX wieku. Kolejne publikacje miały pokrywać również poprzednią i następną dekadę. Starania te ostatecznie spełzły na niczym i dysponujemy obecnie tylko tym jednym tomem.

Desjardins wyszukał w paryskiej prasie setki informacji na temat stoczonych pojedynków. Złożył je w całość tworząc niezwykle ciekawe źródło. Niestety jego działo obejmuje wyłącznie te pojedynki, które znalazły się na łamach czasopism, a były to głównie tak zwane „publiczne pojedynki dziennikarskie”, czyli sprawy, których prasa była widzem od początku do końca. Brak w nim tych bardziej prywatnych, których uczestnicy dochowali tajemnicy i prawda o nich nie wypłynęła.

Dowiadujemy się jednak bardzo ciekawych rzeczy. Na podstawie danych z rocznika i pobocznych badań można ocenić, że w okresie od 1875 do 1900 roku toczono we Francji ok 200-300 pojedynków rocznie. W przeciwieństwie do Polski, preferowaną bronią była szpada. Tylko ok. 10% pojedynków toczono przy użyciu pistoletów, a 1% przy użyciu szabli – niezastąpionej w naszym kraju. Starcia odbywały się głównie w Paryżu. Aż 80% przypadków pochodzi ze stolicy Francji. Niemal wszystkie pozostałe miały miejsce w dużych miastach na prowincji.

Okładka „Petit Journal illustré”, przedstawiająca pojedynek Déroulède z Clemenceau, 1893.

Sławni pojedynkowicze

Starcia na ubitej ziemi przynosiły rozgłos ich uczestnikom. Przykładem takiej osoby był Georges Clemenceau – francuski polityk i współtwórca traktatu wersalskiego. Stoczył ponoć 22 pojedynki, z których większość opisywana była w prasie. Pewien właściciel jednej z podparyskich restauracji, którego lokal często był wybierany przez pojedynkowiczów na miejsce spotkań, chwalił się prasie, że posiada salę balową, gdzie w razie niepogody można toczyć walki. Twierdził, że Clemenceau był jego częstym klientem i średnio trzy razy w tygodniu rezerwował salę na pojedynek, co było oczywistą przesadą.

Byli też mniej znani, o których nieco mniej pisano, a jednak mocno udzielali się w sprawach honorowych. Na przykład zdolny szermierz Alphonse de Aldama twierdził w 1892 roku, że stoczył jedenaście pojedynków i w czterdziestu czterech uczestniczył jako sekundant. Tak imponującymi liczbami niewielu mogło się poszczycić. Przy czym należy pamiętać, że większość pojedynków, w których chodziło o honor damy czy rodziny, czyli tych bardziej prywatnych spraw, nigdy nie była publicznie omawiana. Pojedynkowiczów ze sporym stażem mogło być zatem znacznie więcej niż nam się wydaje.

Źródło: 
Robert A. Nye, Masculinity and Male Codes of Honor in Modern France, University of California Press, Berkeley, Los Angeles, London 1998.
Henryk Koral, Pojedynek w prawie karnym francuskiem, powszechnem i wojskowem, Warszawa 1929.